Szczerze pisząc, to nie pamiętam, kiedy dokładnie dotarło do mnie, że nie umiem już żyć bez pisania, nie mogę oddychać bez poezji. Od dziecka kochałam kreślić różne wierszyki, sentencje, opowiadania. To był mój świat – kolorowy, bajeczny, mistyczny. Z wiekiem, jak przybywało lat, natłoku obowiązków, a proza życia stawała się bar-dziej ciemniejsza, niż noce egipskie, musiałam opuścić „upragnioną przystań świata dzieciństwa”. To był drastyczny przeskok, niczym siłą wyrwane dziecko z łona matki.
Wraz z nadejściem czarnych chmur, gdy się wydawało, że mój poukładany świat zawali się, a mnie pochłoną czeluści, powróciła…
W sterylnym pomieszczeniu, frędzlami kabelków u szyi i piszczącą aparaturą przy łóżku, coś we mnie drgnęło, jakaś niezrozumiała siła sprawiła, że chwyciłam długopis i znowu zaczęłam pisać. Na początku były to luźne myśli, dla obcych nic nieznaczące półsłówka. Ale dla mnie była to forma spowiedzi z życiem, dialog samej z sobą.
I stało się… słowa, frazy, wersy, w końcu całe strofy uciekały spod mojej dłoni, zalewając kartki papieru. Nawet się nie spostrzegłam, kiedy dane mi było wydać autorski tomik (dzięki pomocy życzliwych ludzi). Wtedy dobitnie dotarło do mnie, że bez poezji nie ma mnie – dziewczyny z sąsiedztwa.
W kolejnych latach dużo czytałam różnych poetów, polskich i zagranicznych, a także poetów znanych z portali społecznościowych. Brałam udział w warsztatach, słuchałam rad i wyciągałam wnioski z konstruktywnej krytyki. Ta ostatnia najwięcej mnie nauczyła, a dzięki której dotarłam tu, gdzie teraz jestem, i brnę dalej. Nie osiadam na laurach, staram się wspinać po kolejnych szczeblach arkanów ars poetica, bowiem jej tajniki wciąż są nieodkryte, a jakże pożądane.
Dzięki poezji żyję, oddycham, z radością witam kolejny nowy dzień. Jest dla mnie perłą porannej rosy, ciepłym promieniem na bladym licu, uśmiechem szczęśliwego dziecka, jest całym moim życiem. Jeśli ona przeminie, przeminę i ja. Jeśli ona zniknie, i ja zniknę. Tworzymy jednię, to kontrakt na wieczność.
W końcu to jedna z najpiękniejszych prób uchwycenia ulotności chwili, upływu czasu, zatrzymania tego, co wydaje się nieuchwytne. Sprawia, że wszelkie bolączki znikają, przestają mieć znaczenie, a świat staje się piękniejszy. Pozwala na wykrzyczenie się, wypłakanie, na upadek i podniesienie z bruku.
Poza tym przelewanie na papier myśli, uczuć, emocji posiada dla mnie ogromny walor terapeutyczny, ponieważ kartka papieru oraz pióro były i wciąż są moim powiernikami, lekarzami, przyjaciółmi. Pisanie wierszy to remedium na to, co mnie spotkało. Pozwalało i nadal to czyni, na oczyszczenie duszy i serca, a tym samym na wylanie i wyrzucenie tego wszystkiego, co mnie zatruwało od wewnątrz. Ponadto poezja jest najkrótszą drogą do odkrywania ludzkiej wrażliwości, której zabieganym ludziom tak bardzo brakuje.
Jest to pewnego rodzaju dialog, jaki toczę z samą z sobą, któremu towarzyszą głębokie przeżywanie i wyrażanie własnych emocji za pośrednictwem słowa pisanego w „szatę poezji ubranego”. Słowa, które nie musi być długie, ale winno być sensowne, i które zaklina życie – w wiersze.
Skoncentrowałam się na poezji, ponieważ wyjątkowość jej autoekspresji, w mowie lub piśmie, jest warunkiem odkrywczej podróży w głąb siebie…
Rytuał pisania daje mi moc, przynosi uspokojenie, wzmacnia pewność, że coś po mnie pozostanie. Dodatkowo pomaga temu od-powiednie nastawienie psychiczne, które wspomaga moja cielesną i duchową terapię, pomaga przekroczyć granicę i wrócić — wyleczyć nieuleczalne. Sprawcza siła słów jest ogromna. Dlatego tak ważne jest w moim życiu świadome używanie słów i przelewanie ich na papier, pomimo tych wszystkich sytuacji, w których „ich braku-je”.
Słowa spowodowały także, że zaczęłam walczyć i składać rozsypane części w nową całość. Toteż kartka papieru stała się moim powiernikiem, przyjacielem a zarazem „terapeutą”; lekarzem, w zarówno tych trud-nych, jak i radosnych chwilach życia. Albowiem właśnie w takich momentach, kiedy to najbardziej uaktywniają się emocje, myśli kłębią się w głowie i zaczynam pisać. To właśnie wówczas powstaje moja poezja.
Kiedy z kolei czytam to, co napisałam, wielokrotnie znajduję klucz do drzwi, które były dla mnie dotychczas zamknięte, niedostępne, a dzięki tworzeniu stają przede mną otworem.
Poza tym pisanie pozwala uwolnić się od tego co mnie ogranicza, od choroby. Gdy piszę, staję się wolną, zdrową osobą, a tego mi właśnie najbardziej potrzeba.


